Artykuł sponsorowany

Już 1 lipca 2019 r. zacznie działać nowy element systemu emerytalnego. Firmy zatrudniające ponad 250 osób będą zobowiązane do wprowadzenia Pracowniczych Planów Kapitałowych (PPK). Przemysław Świder, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży PPK w Warcie, podpowiada, na co zwrócić uwagę wybierając rozwiązanie emerytalne dla swoich pracowników.

Za pół roku około 3 tys. firm powinno wdrożyć PPK. Ustawa o PPK precyzyjnie określa, na czym polega to rozwiązanie. Co powinniśmy brać pod uwagę wybierając firmę, której powierzymy zarządzanie środkami pracowników?

PPK to jedna z największych zmian na rynku finansowym w Polsce w ostatnich latach. Wprowadzany jest bowiem nowy system długoterminowego gromadzenia kapitału na przyszłość. Dlatego tak ważne, abyśmy dobrze przygotowali się do wyboru firmy, której powierzymy zarządzanie prywatnymi środkami naszych pracowników.

Poszukując optymalnego partnera do PPK powinniśmy, moim zdaniem, skupić się na trzech kwestiach. Na początek przyglądamy się dokładnie stabilności firmy. Pamiętajmy, że mówimy o projekcie rozpisanym na wiele lat, dlatego potrzebujemy instytucji o trwałych fundamentach, która zapewnia bezpieczeństwo pieniędzy pracowników w długim terminie. W tym kontekście ciekawe wydają się wyniki ostatniego badania Polskiej Izby Ubezpieczeń. Respondenci wskazali właśnie zakłady ubezpieczeń na życie jako instytucje najbardziej godne zaufania w przypadku prowadzenia PPK.

Kolejną kwestią, której nie możemy pominąć, jest ocena doświadczenia firmy w efektywnym zarządzaniu aktywami przez okres kilkunastu a nawet kilkudziesięciu lat. Pamiętajmy, że w takiej perspektywie będzie chodziło o setki milionów złotych. Ważne zatem, aby były one inwestowane przez kogoś, kto sprawdził się w praktyce np. firmę mogącą wykazać się przykładami prowadzenia wieloletnich programów inwestycyjnych, gdzie regularnie wpłacane środki lokowane są bezpośrednio w papiery wartościowe.

Pamiętajmy również o czysto praktycznym aspekcie wdrożenia a następnie sprawnego administrowania PPK. Niewątpliwie warto związać się z firmą, która ma doświadczenie we współpracy z dużymi przedsiębiorstwami. Posiadany know-how z pewnością przyda się przy tak dużym projekcie i zarządzaniu indywidualnymi kontami grup pracowników, liczących nierzadko kilkaset lub nawet kilka tysięcy osób. Firmy takie jak np. Warta obsługująca ponad 5 mln klientów, w tym 720 tys. pracowników i ich rodzin w ramach grupowych programów ubezpieczeniowych i inwestycyjnych, dają większą gwarancję komfortowej współpracy np. dzięki posiadanym systemom informatycznym przystosowanym do obsługi tego typu relacji. Doświadczenie zdobyte przy obsłudze ubezpieczeń grupowych pomoże w zapewnieniu wysokiej jakość oferowanych rozwiązań.

Już na początku podkreślił Pan rolę stabilności finansowej firmy. Jak możemy to wiarygodnie ocenić?

PPK jest projektem rozpisanym na wiele lat, w którym chodzi o zapewnienie dodatkowych środków po zakończeniu aktywności zawodowej. Pracownicy, którzy mają obecnie np. 30 lat będą korzystać z nich po ponad kolejnych 30-stu w sytuacji, kiedy sami już nie będą mogli lub po prostu nie będą chcieli pracować. Zwłaszcza w tym drugim przypadku, środki zgromadzone w ramach PPK dają pracownikowi większą swobodę decyzji. Konkretnym parametrem, który uwzględniłbym w procesie poszukiwania partnera do PPK, jest ocena przyznana przez agencje ratingowe. Dla przykładu Warta posiada rating na poziomie A+ z perspektywą stabilną według S&P. To najwyższy spotykany na polskim rynku poziom, wyższy nawet niż ocena wiarygodności kredytowej Polski.

Czy są jeszcze inne kwestie, które powinniśmy brać pod uwagę?

Ciekawa jest również kwestia ponadstandardowej oferty firm ubezpieczeniowych uczestniczących w tym systemie. Dla przykładu PPK Warty nie tylko pomaga gromadzić kapitał na przyszłość, zapewnia również dodatkowe środki dla najbliższych uczestnika PPK w przypadku jego śmierci oraz śmierci na skutek wypadku. A ponieważ dzieje się to bez dodatkowych opłat, stanowi to dodatkową korzyść nie obciążającą efektywności odkładania środków na emeryturę w ramach tego systemu.

Dodatkowe informacje na temat PPK Warty można znaleźć tutaj:

Source Article from http://www.firma.egospodarka.pl/153509,Trzy-cechy-dobrego-PPK,1,11,1.html

 

Wolne niedziele coraz częściej

Przypomnijmy, według ustawy, która obowiązuje od 1 marca 2018 roku, handel w niedzielę ma być systematycznie ograniczany. W tym roku dozwolony będzie jedynie w ostatnią niedzielę miesiąca, co oznacza, że na przestrzeni całego roku sklepy odwiedzimy jedynie w 15 niedziel. Dla porównania, w minionym roku mieliśmy 29 niedziel handlowych. Z kolei w 2020 roku sklepy nie otworzą swoich drzwi w 45 niedziel, co jest równoznaczne z całkowitym zakazem handlu. Wyjątkami będą dwie niedziele przed Świętami Bożego Narodzenia, jedna przed Wielkanocą oraz ostatnie niedziele stycznia, kwietnia, czerwca i sierpnia. Warto przy tym podkreślić, że w wigilię Bożego Narodzenia oraz w Wielką Sobotę zakupy zrobimy jedynie do 14.00. Osoby, które złamią zakaz, muszą liczyć się z grzywną, której wysokość może sięgnąć nawet 100 000 zł.

Dodatkowe ograniczenia od ustawodawcy

W tym roku zakaz handlu nie obowiązywał m.in. w sklepach z pamiątkami, aptekach, kwiaciarniach, piekarniach, cukierniach, w sklepach z prasą, czy na stacjach benzynowych. Otwarte w niedziele były również placówki pocztowe, które najprawdopodobniej od nowego roku będą objęte zakazem handlu.

– W 2019 roku wolne niedziele staną się dla nas o wiele bardziej dotkliwe. Tak naprawdę w 2018 połowa niedziel była handlowa, a więc można było sobie ten czas zaplanować; jeżeli nie wybrałem się w tę niedzielę na zakupy, to zrobiłem to w kolejną. W nowym roku o takie wyjście będzie trudniej, a niedzielna aktywność kolejnej grupy klientów przeniesie się do sklepów internetowych – mówi Piotr Panek, Business Director z Workshop.re.

Wolne niedziele coraz częściej

fot. Aisyaqilumar – Fotolia.com

Wolne niedziele coraz częściej

W 2019 roku wolne niedziele staną się dla nas o wiele bardziej dotkliwe.

Jedni tracą, drudzy zyskują

Według danych zamieszczonych przez Retail Institute od 1 stycznia do 14 października 2018 roku odwiedzalność centrów handlowych obniżyła się się o 3,07 proc. w porównaniu do tego samego okresu w 2017 roku. Największe straty dotyczą centrów handlowych położonych na obrzeżach miast bądź tych, w których dominującą rolą pełni supermarket spożywczy. Przy czym o 3,7 proc. więcej osób zdecydowało wybrać się do galerii handlowej w sobotę.

Retail Institute podaje, że sieci handlowe odnotowały w zestawieniu z rokiem poprzednim o 2,2 proc. wyższe obroty. Jednak zyski takich kategorii jak moda damska, mieszana, branże rozwijające się w obszarze galerii oraz elektronika obniżyły się o 3-12 proc.

– Ustawa o zakazie handlu w niedzielę, która tak naprawdę weszła w życie z dnia na dzień, to ogromny cios dla centrów handlowych. Wyobraźmy sobie, że najemca na początku 2017 roku podpisał umowę z centrum na 10 lat, zakładając konkretne obroty, a pod koniec roku okazało się, że obroty te ze względu na wolne niedziele będą mniejsze o jakieś 13-16 proc., co może być w ogóle progiem rentowności całego przedsięwzięcia. Najbardziej straciły na tym restauracje, kawiarnie, lokale usługowe, mieszczące się na terenie centrum, dla których motorem napędzającym sprzedaż są sklepy z ubraniami oraz supermarket. Sieć odzieżowa tego, czego nie sprzeda w niedzielę, może jeszcze sprzedaż w piątek lub sobotę. Natomiast tej kawy, której ludzie nie wypiją w niedzielę, nie wypiją już wcale – zwraca uwagę Piotr Panek. – Jak wiadomo, rynek nie znosi próżni, dlatego ten ruch z galerii przekierowuje się w inne miejsca. Popatrzmy na Warszawę, gdzie planowane jest rozbudowanie ulic handlowych; Marszałkowska i Aleje Jerozolimskie mają stać się głównymi punktami śródmiejskiego handlu. Z jednej strony rozbudowa ulic handlowych jest naturalnym trendem, który jest bardzo popularny na Zachodzie. Z drugiej strony katalizatorem do podjęcia tego typu działań mogły stać się właśnie niehandlowe niedziele – dodaje.

Polska w mniejszości

Poza Polską, do państw w których obowiązują wolne niedziele należą Niemcy, Austria, Belgia, Holandia, Luksemburg oraz Francja. Przy czym Francja w ostatnich latach przeszła pod tym względem proces liberalizacji. Podobnie jest w Holandii, gdzie aż 68 proc. gmin zezwoliło na handel we wszystkie niedziele.

Prawie bez ograniczeń zakupy zrobimy w Czechach, na Litwie, Łotwie, Węgrzech, w Słowacji, Słowenii, Chorwacji, Bułgarii, Finlandii, Danii, Estonii, Szwecji, Rumunii, Cyprze, Malcie, Irlandii, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Portugalii oraz we Włoszech.

Ciekawym przykładem są Węgry, gdzie wprowadzony w 2015 roku zakaz handlu napotkał silny sprzeciw społeczny. Większa część obywateli była zdania, że nie jest w stanie zmienić swoich nawyków i zaakceptować robienia zakupów w inne dni tygodnia. Po niecałym roku obowiązywania ustawy, zaniechano jej kontynuowania.

– Państwa, które zdecydowały się na wprowadzenie zakazu handlu w niedziele i z niego zrezygnowały bądź wprowadziły znaczną liberalizację tej ustawy, są dobrym przykładem krajów, które zdały sobie sprawę z tego, że system ten nie działa i nie przynosi spodziewanych korzyści, a wręcz przeciwnie – odbija się negatywnie na gospodarce i nastrojach społecznych. W przypadku Węgier, a teraz również i Polski widzimy, że spodziewany zysk lokalnych sklepików ma się nijak do ich rzeczywistych obrotów. Ludzie przyzwyczaili się do usieciowienia handlu, zwłaszcza ze względu na niższe ceny oraz szeroką ofertę produktów. Małe sklepy nigdy nie będą w stanie sprostać takim oczekiwaniom – komentuje Piotr Panek z Workshop.re. – W praktyce okazuje się, że jeżeli ktoś nie zrobi zakupów w supermarkecie w niedzielę, to skuszony atrakcyjnymi promocjami i tak pójdzie do tego supermarketu tylko w sobotę – dodaje.

Source Article from http://www.firma.egospodarka.pl/153338,Nowy-rok-i-kolejne-wolne-niedziele,1,11,1.html

 
  • Firmom trudniącym się hodowlą ryb i ich przetwórstwem częściej zdarza się opóźniać zobowiązania wobec partnerów biznesowych niż zdarza się to w całej gospodarce.
  • Szczególna niesolidność to domena przetwórców, wśród których zawodzi co dziewiąty, a ich łączne zadłużenie przekracza już 45 mln zł.
  • Wśród hodowców 60 proc. znajduje się w słabej i bardzo złej kondycji finansowej.
  • Na przestrzeni ostatnich trzech lat z rynku zniknął co szósty sklep rybny.

Polska to obok Czech największy na naszym kontynencie producent karpi. Każdego roku, głównie na potrzeby rynku krajowego odławia się go od 15 do 23 tys. ton. Przeciętny Polak konsumuje z tego 0,6 kg. Nie można jednak nie podkreślić, że popularność tej ryby systematycznie się kurczy i dodatkowo jest wybitnie sezonowa (90 proc. kupowanych jest w trwającym około 2 tygodni okresie świątecznym). Dla porównania w Czechach czy na Węgrzech spożycie karpia jest znacznie wyższe i wynosi ponad 1 kg na osobę. Co ciekawe, karp na naszym świątecznym stole systematycznie gości od zaledwie trzech dekad. Przyjęty w okresie Polski Ludowej model masowej produkcji ryb przełożył się na hasło „Karp na każdym wigilijnym stole w Polsce”, szczególnie, że nie było alternatyw. Karpia więc zabraknąć nie mogło, stąd jego popularność. I tak narodziła się „nowa świecka tradycja” na świątecznym stole. Problem z zapewnieniem odpowiedniego transportu, samochodów chłodni dla tak dużej ilości ryb dostarczanych niemal jednocześnie wszystkim Polakom sprawił, że sposobem na zachowanie świeżości stała się sprzedaż żywych karpi. Dziś rozwiązanie to zupełnie nie ma racji bytu, ale jest zapewne wygodne dla wielu sprzedawców. Przez część społeczeństwa traktowane też jest jako element tradycji. Z drugiej jednak strony rośnie liczba Polaków, którzy sprzeciwiają się sprzedaży żywych ryb.

Karp stanowi jedynie kilka procent spożycia ryb Polaka. Jak podaje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, przeciętne jedna osoba zjadła w minionym roku blisko 12,5 kg ryb i owoców morza. To o blisko 5 proc. mniej niż rok wcześniej. Najchętniej jemy ryby morskie. Przede wszystkim śledzie, łososie i ryby białe: mintaja, dorsza, morszczuka czy makrele. Najwięcej ryb i owoców morza ląduje na talerzach Portugalczyków, nawet do 90 kg rocznie na osobę. Jednak to nie Portugalczycy, a Chińczycy są największymi producentami ryb. Szacuje się, że chińska produkcja ryb i owoców morza odpowiada 2/3 światowej produkcji.

Co prawda ilość spożywanych w Polsce ryb w ostatnim czasie nieznacznie spada, ale trzeba wziąć pod uwagę silny wzrost cen, będący tendencją nie tylko lokalną, ale i światową. Wartościowo więc rynek ryb w Polsce raczej się zwiększa. Nie oznacza to jednak poprawy kondycji zarówno hodowców, przetwórców, jak i handlu rybami, choć widać sporą łatwość przerzucania wzrostu kosztów na konsumentów, czemu sprzyja akurat wzrost dochodów gospodarstw domowych.

Znaczące kłopoty przetwórców, szczególnie w bankach

Ryby najczęściej kupujemy w sieciach handlowych, do tego przyznaje się aż 8 na 10 Polaków, co przekłada się na spadającą nad Wisłą liczbę sklepów rybnych. Według wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska, na koniec ub.r. w Polsce aktywnie działało nieco ponad 1 tys. specjalistycznych sklepów z rybami. W ciągu trzech latach z rynku zniknęło blisko 150 punktów, co oznacza spadek o 11 proc. wobec 2014 r.

Kondycja polskich hodowców ryb

fot. mat. prasowe

Kondycja polskich hodowców ryb

Ponad 61 proc. firm znajduje się w słabej i złej sytuacji finansowej.

Podobnie jak w przypadku sklepów rybnych, nie najlepiej przedstawia się też sytuacja finansowa przetwórców i hodowców ryb. Z danych BIG InfoMonitor oraz BIK wynika, że wśród firm zajmujących się „chowem i hodowlą ryb oraz pozostałych organizmów wodnych” (PKD 0322Z) problemy z płatnościami wobec partnerów biznesowych ma 31 przedsiębiorstw z 414 aktywnych, zawieszonych lub już wyrejestrowanych, czyli 7,5 proc. Nieznacznie przekracza to statystki dla ogółu przedsiębiorstw w całej gospodarce, które wynoszą 6,1 proc. Znacznie gorzej prezentuje się jednak działalność związana z „przetwarzaniem oraz konserwowaniem ryb, skorupiaków i mięczaków” (PKD 1020Z). Na czas nie płaci co dziewiąta tego typu firma – 79 (11,5 proc.) spośród 684 aktywnych, zawieszonych lub już wyrejestrowanych. Łączne zaległości hodowców i przetwórców ryb wynoszą 50,2 mln zł, z czego 45,5 mln zł stanowią zaległości firm przetwórczych, a 4,65 mln zł hodowlanych. O ile zaległości wobec kontrahentów wynoszą średnio 16,4 tys. zł w przypadku firm hodowlanych i 21,7 tys. zł dla przetwórców, to jeśli chodzi o przeterminowane kredyty mowa jest już o zupełnie innych kwotach. W pierwszym przypadku średnia zaległość przekracza 476 tys. zł, a w drugim dochodzi do 1 644 tys. zł

Z kolei z analizy 225 polskich hodowców ryb, przeprowadzonej przez wywiadownię gospodarczą Bisnode Polska wynika, że połowa z nich jest w słabej kondycji finansowej, a kolejne 11 proc. znajduje się w bardzo złej sytuacji finansowej. Tylko co trzecie przedsiębiorstwo jest w dobrym i bardzo dobrym położeniu, z czego w dobrym – 24 proc., a w bardzo dobrym – 10 proc.

Rosną koszty, szkodzi susza

Zarówno u hodowców, przetwórców, jak i w handlu rybami dostrzegalny jest dynamiczny wzrost kosztów, wynikający z uwarunkowań ogólnych, takich jak wzrost płac, jak i specyficznych dla branży, na przykład różnego rodzaju opłat środowiskowych i administracyjnych, w tym związanych z nowym Prawem Wodnym, zwiększającym opłaty za zużycie wody i odbiór ścieków. Co prawda gospodarka rybacka charakteryzuje się jednym z najniższych poziomów przeciętnego wynagrodzenia, ale także doświadcza wzrostu kosztów z tego tytułu, podobnie jak w przypadku energii oraz pasz, szczególnie tych importowanych. Na opłacalność hodowli ryb silnie wpływają również warunki klimatyczne, zarówno w okresie zimowym (temperatura, grubość i czas utrzymywania się powłoki lodowej), jak i letnim (temperatura, poziom wody itp.). W tym roku negatywnie na wynikach hodowli odbiła się susza i wysokie temperatury w okresie letnim. Spowodowało to nie tylko straty, ale także dodatkowe koszty, związane z koniecznością dotleniania wody, procesu wymagającego większego zużycia energii. Spore straty powodowane są także przez ptaki drapieżne.

Sytuację hodowców ryb poprawiają nieco dotacje. Na początku 2018 r. w efekcie porozumienia organizacji reprezentujących środowiska rybackie i Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, uzgodniono, że producenci karpi mają otrzymać prawie 51 mln euro dotacji, mającej rekompensować wzrost kosztów oraz wydatki związane z ekologią.

Silne zróżnicowanie sytuacji ekonomicznej hodowców ryb wynika ze znacznych różnic technologicznych. Większość hodowli opiera się na warunkach niemal naturalnych, z niewielkim wspomaganiem technologicznym (natlenianie, systemy podawania paszy itp.), jednak powstaje coraz więcej specjalistycznych farm, stosujących najnowsze technologie, łączące hodowlę z przetwórstwem. Stosują one często innowacyjne techniki, zarówno na etapie hodowli, przetwarzania, jak i pakowania, powiązane ze zwiększeniem trwałości. Pochodzą z nich głównie bardziej szlachetne gatunki ryb, trafiające zarówno do dużych krajowych sieci dystrybucji, jak i do odbiorców zagranicznych.

Source Article from http://www.firma.egospodarka.pl/153337,Ryby-czyli-dosc-klopotliwy-biznes,1,11,1.html